Recenzja – Córka dymu i kości – Laini Taylor


Tytuł oryginału: Daughter of Smoke

                                  and  Bone       

Autor: Laini Taylor

Wydawnictwo: AMBER

Oprawa: miękka

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 400 

 

„Najgłośniejsza, najoryginalniejsza i najlepsza powieść 2011. Nie tylko dla młodzieży.” – Taki napis pojawia się w najnowszych zapowiedziach na stronie wydawnictwa AMBER. „Córka dymu i kości” już została okrzyknięta mianem książki która wciąga w świat cudowności i fantastyki bardziej niż Harry Potter. Czy aby na pewno?

Twórczynią powieści jest Laini Taylor, autorka książek dla młodzieży, finalistka jednej z najważniejszych, amerykańskich nagród literackich, National Book Award 2009. Lecz to właśnie „Córka dymu i kości” przyniosła jej światową sławę. Niesamowita wyobraźnia pisarki i spojrzenie na świat przez pryzmat mitologii tworzy w jej powieści jedyny w swoim rodzaju i unikalny klimat, wprowadza wyobraźnię czytelnika w stan upojenia emocjonalnego za sprawą świata wykreowanego w tak fantastyczny i irracjonalny sposób, że ma się ochotę rzucić wszystko i po prostu do niego wejść.

Jest to pierwsza część cyklu opowiadającego o zakazanej miłości anioła i córki chimer, w zupełnie nowym, dotąd niespotykanym ujęciu. Akcja rozgrywa się w Pradze. Pewnego styczniowego poranka poznajemy Karou – zagadkową dziewczynę o niebieskich włosach, której ciało zdobi konstelacja tatuaży. Jest ona uczennicą szkoły plastycznej, jednak wbrew pozorom wcale nie prowadzi normalnego życia.

Wychowana została przez Brimstona – właściciela tajemniczego sklepu, nadludzką istotę i kolekcjonera… zębów. To dla niego Karou wykonuje zlecenia w poszukiwaniu kolekcjonerskich dóbr, przemieszczając się za pomocą magicznych drzwi w jego sklepie w najdalsze zakątki świata. Spotyka istoty tak różniące się od ludzi, że trudno to sobie wyobrazić. Dziewczyna nie zna innego życia. Odkąd tylko pamięta to właśnie sklep był jej domem. Magiczne podróże sprawiały, że czuła się częścią czegoś, co pozwoli jej w końcu zrozumieć, kim jest. Dealer marzeń – jak miała w zwyczaju nazywać Brimstona – Issa, pół kobieta, pół żmija, Twiga z szyją żyrafy oraz Yasri, kobieta z papuzim dziobem i ludzkimi oczami – to była jej najbliższa rodzina. Potrafiła godzinami rysować historie z ich udziałem, uwieczniać to, co się wydarzyło lub mogło wydarzyć i choć dla jej przyjaciółki Zuzany były to tylko postacie ze szkicownika, to jednak żyły własnym życiem i były jak najbardziej prawdziwe.

Karou jest zagubiona i właściwie niewiele wie o sobie samej. Targają nią pytania, na które chciałaby poznać odpowiedzi, jednak im bardziej wierci tymi pytaniami dziurę w brzuchu Brimstonowi, tym bardziej on wymiguje się od odpowiadania. Wszystko zmienia się w momencie, w którym na drzwiach zaczynają pojawiać się czarne odciski dłoni, a jedna z podróży Karou o mały włos nie kończy się dla niej nieszczęściem. To wtedy spotyka Jego – Anioła. Od tej pory wszystko się zmienia, jej dusza zdaje się mówić, że to właśnie ten, na którego całe życie czekała.

Autorka książki balansuje pomiędzy światami tak fantastycznymi i tak magicznymi, że najchętniej wcale by się z nimi nie rozstawało. Przenikają się nawzajem, tworząc idealną, spójną całość. W doskonały sposób potrafi okiełznać emocje i ubrać je w słowa.

Opowiada o nadziei i miłości, łamaniu stereotypów i nieprzejednanej woli walki, o lepszym jutrze – a robi to w sposób zupełnie inny niż ten, do którego przywykł czytelnik.

Okładka jest ciekawa, zachęca do sięgnięcia po książkę. Dziewczyna w niebieskiej masce to doskonałe dopełnienie całości i uważam, że idealnie pasuje i współgra z całokształtem. Nie zauważyłam żadnych literówek ani błędów ortograficznych, choć przyznam, że zdarzyło mi się dwa razy przeczytać to samo zdanie żeby zrozumieć jego sens. Styl pisarki bywa chwilami przytłaczający. Autorka stosuje też liczne opisy, które z jednej strony wstrzymują akcję, a z drugiej potęgują napięcie i oczekiwanie przed dalszym rozwojem wydarzeń. Choć to na pewno czytelnikowi pozwala zrozumieć pewne niuanse, to jednak chwilami miałam ochotę po prostu je ominąć.

Moim zdaniem „Córkę…” troszkę zbyt obcesowo porównano do Harrego Pottera, bo to zupełnie inny wymiar magii i z zupełnie innej perspektywy powinno się ją postrzegać. Ewidentnie zawładnie wyobraźnią niejednej osoby, która po nią sięgnie.

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s